Pociągiem zimową nocą przez całe Roztocze

Lublin – Kraśnik – Rozwadów – Przeworsk – Lubaczów – Bełżec – Susiec – Zamość

Dużą roztoczańską pętlę kolejową pokonałem do tej pory tylko dwa razy. Sztuka polegała na tym, aby trasę przejechać w ciągu jednego dnia. Miała to być nowa tradycja, ale pokasowano tyle lokalnych połączeń, że nie było to już później możliwe. W 2006 r. udało się do pomysłu powrócić, ale w wersji nocnej. Pomysł wyprawy rzuciłem na internetowym forum Grupy Turystycznej Roztocze. Ostatecznie znalazło się aż 4 ochotników + ja.
Trasa z Lublina do Zamościa przez Rzeszów i Bełżec wyniosła 439 km (dla porównania najkrótsza trasa „po torach” przez Rejowiec to 118 km).
Spotkanie na dworcu PKP w Lublinie. Pierwszy uczestnik już wieczorkiem przyjechał busem z Tomaszowa, kolejny przybył tuż co po 22 pociągiem „Sztygar” z Krakowa, około północy przybyli „lublinianie”, a ostatni „kolejarz” przyjechał o 24.20 pociągiem z Warszawy, tym samym, którym mieliśmy dalej jechać do Rzeszowa. To długi pociąg, który prowadzi także wagony do Kijowa. Pojadą one jednak przez Chełm i Dorohusk. Szkoda, że później skasowano te wagony „krajowe”.
Wsiadamy, jesteśmy w komplecie. „Nasza” część składu zostaje niebawem przetoczona na sąsiedni tor, a dotychczasową lokomotywę elektryczną zastępuje spalinówka. W pociągu wielu pasażerów, ale mamy i tak cały przedział.
Punktualnie o 24.45 ruszamy w drogę. Kilka chwil i opuszczamy tory kolei nadwiślańskiej, wjeżdżając na austriacki szlak do Rozwadowa.
Śnieg sypie bardzo mocno.

Dookoła straszliwa wręcz zamieć śnieżna. Rozpoczęła się już wieczorem, teraz przybrała na sile. Znacząco ograniczyło to i tak dość ciemne z racji pory widoki. Po cichu liczyłem na pogodną i księżycową noc. Tym razem nic z tego.

1.27 – Kraśnik. Śnieżyca jakby trochę zelżała. To już skraj Roztocza Zachodniego.

W ciemnościach mijamy Lasy Janowskie. 02.19 – Stalowa Wola Rozwadów. Kolejna zmiana lokomotywy, ponownie na elektryczną.
3.28 – Leżajsk. 4.30 – Rzeszów. Mamy tu trochę czasu i dobrze, bo żarcie się skończyło. Nieopodal dworca znajdujemy budkę gastronomiczną czynną całą noc! Posilamy się niezwłocznie i szybko idziemy do drugiego pociągu.
5.14 – odjazd z Rzeszowa do Zamościa. Skład z Wrocławia do Zamościa prowadził 3 wagony 2 klasy. Siadamy w ostatnim, bo tylko tu były dwa wolne przedziały.
Zbliżamy się powoli do Roztocza, noc też już się kończy.
6.06 – Pełkinie.

7.14 – Lubaczów. Wjeżdżamy do krainy baśni. Śniegu tu więcej niż gdziekolwiek indziej na trasie, a białe lasy wyglądają przecudnie. Poniżej na zdjęciu lasy, które mija się już za stacją Horyniec.

7.45 – Dziewięcierz (zdjęcie poniżej, wbrew pozorom tam pod śniegiem jest prawdziwy peron!). Nikt tu nie wysiada, poza naszym kolegą, który natychmiast zapada się w śniegu po kolana. Chciał on mieć koniecznie fotkę dokumentującą fakt, że po 4 letniej przerwie prawdziwy pociąg ponownie się tutaj zatrzymał. Po jej wykonaniu szybko wsiada jednak z powrotem.

Lokomotywa rusza i pracowicie przekopuje się w śniegu – dosłownie!

Potem stawy w Hrebennem, pokryte lodem i śniegiem. Za nimi odsłonięte o tej porze roku wzgórze ze stara drewnianą cerkwią. Kolejny odcinek jakby mniej śnieżny, a następne super ośnieżone lasy pojawiają się tuż co za Bełżcem. Dalej Susiec. Las tuż co przed stacja wygladał tak:

Następnie jak zawsze piękny Roztoczański Park Narodowy i już Zwierzyniec.
Za Szczebrzeszynem zaczynają się ciekawe bezleśne wierzchowiny. Płotki zapobiegające zasypywaniu szlaku kolejowego dosłownie tonęły w śniegu.

10.02 – Zamość. W końcu mamy okazję zobaczyć czoło lokomotywy, urokliwie wzbogacone o ogromną śnieżno-lodową czapę. A pod nią rozgrzany silnik!

Maszerujemy na starówkę. Dalszy oryginalny plan był taki: po przyjeździe do Zamościa wypad na śniadanie. Pociąg z Warszawy przyjeżdżał wtedy do Zamościa o 12.41. Planowaliśmy więc po posiłku wrócić na dworzec, wsiąść do składu i udać się na drzemkę. Te same wagony wyruszały wszak w kierunku Lublina i Warszawy o 16.23. Zmęczenie i senność były jednak duże, wracamy więc do Lublina najbliższym PKS-em. Rzecz ciekawa, na przystanek dobiegliśmy dokładnie w tym samym momencie, w którym ostatecznie pojawił sie autobus.
Nie wszyscy jednak skrócili trasę, jeden z uczestników wyprawy doczekał bowiem cierpliwie do pociągu „warszawskiego” i zamknął dużą kolejową pętlę roztoczańską.
W Lublinie jesteśmy o 12.30. Brakujący do indywidualnego zamknięcia kolejowej pętli odcinek Zawada – Rejowiec (Lublin) przejechałem miesiąc później. Zima trzymała się nadal mocno!

Luty 2006 r.