Józkowa Góra koło Dziewięcierza

Prognoza tego dnia przewidywała przelotne opady, tymczasem były to intensywne burze. Ciekawa była sekwencja zdarzeń. Podczas przejazdów samochodem świeciło słońce. Gdy byliśmy w trasie, gdzieś tak 30 minut od opuszczenia samochodu, zaczynał się deszcz, a wkrótce pojawiały się pioruny. Zjawiska te ustępowały, gdy ponownie, pospiesznie nieco, docieraliśmy do samochodu.
Burza na Józkowej Górze wyjątkowo nie jest wskazana. W 1997 r. przez okoliczne lasy przetoczyła się koszmarna trąba powietrzna, drzewa były wyrywane z korzeniami, lub łamane jak zapałki na wysokości 2-3 metrów. Na szczęście wtedy mnie w okolicy nie było, ale – co dla mnie ciekawe – gdy pierwszy raz wędrowałem przez wzniesienie w 1994 r. – też przytrafiła się burza (ale szczęśliwie mniejsza). Pamiętam tamten rajd. Po ciepłym i przyjemnym dniu, wędrując pierwotną wersją szlaku zielonego z Horyńca, rozbiliśmy się w lesie na szczycie. No i w nocy się zaczęła dyskoteka…
Ale powróćmy do rajdu z 2006 r. Marek zostawił nas w miejscu, gdzie szlak zielony przecina szosę z Dziewięcierza do Werchraty. Podchodzimy na wzniesienie. Las pełen słońca! Opowiadam Radkowi o poprzednich przygodach. Gdy byliśmy w pobliżu dawnego obozowiska, zachmurzyło się ponownie. Przyspieszamy nieco. Wychodzimy na skraj Dziewięcierza Moczarów. Tu śliczna przydrożna kapliczka.

Całe niebo sine, zaczyna padać deszcz. Jeszcze bardziej przyspieszamy, szczęśliwie po dotarciu do głównej drogi trafiamy natychmiast na sklep z zadaszeniem. Było całkiem sympatycznie, szczególnie, że w międzyczasie sklep otwarto i można było uzupełnić zapasy. A nad nami przetaczała się kolejna burza. Jakieś pół godzinki później ponownie pojawiło się słońce. No to wracamy do lasu. Po drodze 4 kolory, po dwa dla nieba i po dwa dla łąki.

Jeszcze rzut oka na wzgórza i już jesteśmy na szlaku. Obecnie na tym odcinku prowadzi
on skrajem lasu. Przez mokre piekielnie trawy brniemy dzielnie, bowiem z dużą dozą
prawdopodobieństwa można było założyć, że słoneczko nie poświeci długo i za jakiś czas
pojawi się kolejna burza.

Ponownie przecinamy Józkową Górę. Wkraczamy na teren jednego z wiatrołomów. Przyroda powoli leczy rany.
Ponownie widać trochę więcej nieba i ponownie ma ono „dziwny kolor”. Tak, tak – to kolejna burza. Wychodzimy na punkt widokowy. Kolorki fantastyczne! Pomruki odległych jeszcze nieco grzmotów też! Stąd blisko już do wsi Prusie.

Ta burza jednak już nas ominie, bo samochód czeka tuż co za torami, a te są bardzo bardzo blisko.

Maj 2006 r.