Uroczysko Belfont koło Krasnobrodu

W Krasnobrodzie wyznakowano na przełomie 2004 i 2005 r. kilka nowych ścieżek spacerowych. Wśród nich szczególnie interesująca wydaje się być trasa prowadząca do uroczyska Belfont, gdzie – według starych przekazów – mieli spotykać się Marysieńka (wówczas jeszcze Zamoyska) i Jan Sobieski (wówczas jeszcze bynajmniej nie król).
Ścieżkę zaznaczano na mapach „Roztocze Środkowe” wydawanych przez Kartpol, Pawła Włada i Eko-Graf.
Ścieżka, znakowana jest kolorem czarnym, zaczyna się przy szkole w Kaczórkach. Warto zobaczyć znajdujący przed nią mini ogród-botaniczny.
Zaczynamy właściwą wędrówkę. Przyjemna ścieżka wprowadza nas do sosnowego lasu. Nieco dalej szlak staje się mniej wygodny, bowiem wchodzimy w pokrzywy, latem sięgające po pas. Wiosną jest pewnie lepiej…. Największe wrażenie zapewne wywierać będą one na rowerzystach, na szczęście ja byłem tam pieszo. W każdym razie „kąpiel pokrzywowa” ponoć wpływa zbawiennie na zdrowie.

Jeszcze chwila i trafiam na kładkę z pni, która przeprowadza nad wodami pobliskiego potoczka.
Autorzy ścieżki informują, że w pobliżu znajduje się żeremie bobrowe. Można poprzestać na tej informacji, lub też spróbować je odnaleźć – proszę tylko zachowywać się spokojnie i nie denerwować bobrów. Do żeremia można dostać się przechodząc wśród pokrzyw, lub wędrując dnem strumyka. Wybieram tę drugą opcję. Woda zimna, ale pokrzyw wszak tu nie ma. Jeżeli chodzi o żeremie, to nie należy ono wprawdzie do tych największych, ale też jest interesujące. Żeremia same w sobie to wszak jedne z najbardziej niesamowitych konstrukcji, jakie potrafią być wzniesione przez „siły przyrody”, a nie człowieka. Poza tym maszerowanie po chłodnej wodzie bez wątpienia ożywia. Gorzej, gdy chcemy zrobić zdjęcia, bo wtedy latem pojawiają się chmary komarów. Takie życie.

Dalsza część ścieżki jest również nieco podmokła („Zapadlisko”), co gwarantuje liczne spotkania z kolejnymi zastępami komarów.
Potem Belfont, czyli wspomniane już miejsce tajemnych spotkań Marysieńki i Jana Sobieskiego. Mam nadzieję, że w owym czasie w tym ładnym – choć bagnistym – terenie komarów było mniej. Inna rzecz, że znam pewnego osobnika, którego komary (i kleszcze) omijają szerokim łukiem. Nie wiem, jak tam Jan Sobieski w tym względzie wypadał… W każdym razie, jeżeli nie będziemy myśleć o komarach, albo po prostu trafimy tu porą roku, gdy one nie występują, to na pewno zauważymy, że „okoliczności przyrody” są tu bardzo ładne. Po prawdzie to nie tylko przyrody, na Belfoncie odnajdziemy także – na grobli – stary krzyż dedykowany powstańcom z 1863 r.

Koniecznie muszę pokonać kiedyś tę trasę także zimą. Wtedy, gdy spadnie sporo białego puchu i koniecznie gdy będzie świeciło słońce… W upalne lato czasem nawet samo wspomnienie zimy wystarczy, aby choć na chwilę zrobiło się chłodniej…
Po krótkim odpoczynku czas na dalszą wędrówkę. Wychodzę na szosę (kto nie chce pokonywać całości trasy, na Belfont trafi właśnie prosto z szosy, drogowskaz odnajdziemy już przy głównej trasie wyprowadzającej z Krasnobrodu w kierunku Jacni).
Potem ponownie bezdroża. Czeka nas też wspinaczka po całkiem ciekawej wydmie.

Teraz droga przez osadę Przymiarki. Na jej skraju autorzy ścieżki proponują wycieczkę boczną na szczyt pobliskiego wzgórza. Ścieżka niewyraźna i zarośnięta, ale widoki przednie.

Powracamy do wsi. Autorzy ścieżki sugerują kolejną wyprawę boczną – w wąwozy. To już ekstrema (po drodze wysokie i strome wzgórze, pełne zdradliwych śliskich liści, ale startując z Jacni można je ominąć) i temat na zupełnie inną opowieść.
Na podstawowej ścieżce teraz trochę sośniny, spotkanie ze szlakiem pieszym czerwonym, a potem już okolice Bondyrza. Ciekawostką jest przydrożny krzyż, a właściwie to dwa (obok siebie): stary i nowy.
Niebawem wycieczka w dolinę Wieprza. Ścieżka zwęża się, a dookoła ponownie pojawiają się pokrzywy. W końcu docieram do Kaczórek. Tu koniec trasy.
I jeszcze wspomnienie specyficznej przygody z drogi powrotnej do domu. Prowadziła ona przez Suchowolę. Tutaj prosto w kierunku naszego samochodu biegł oszalały koń, ciągnący furmankę. „Pacjent” ten pruł środkiem szosy. Być może ominąłby on samochód, ale ciągnięta przez niego furmanka mogła już o nas zahaczyć. W tej sytuacji szybki skręt w polną drogę w lewo (brawa dla Marka za błyskawiczną reakcję). Koń nas szczęśliwie omija, ale już bodaj 100 metrów dalej skręca na pola. Ciągnie te furmankę niczym czołg. Głęboki rów w pobliżu szosy pokonuje z tym obciążeniem wyjątkowo sprawnie (chyba, któryś z jego przodków „służył” w partyzantce). W końcu ktoś go łapie. Obyło się więc bez karamboli – i bardzo dobrze.

Czerwiec 2005 r.